piątek, 7 października 2011

Premiera: Steven Wilson "Grace for Drowning" (2011)

26 września Steven Wilson, czyli jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych muzyków, filar światowego rocka progresywnego, a także podpora Porcupine Tree, połowa Blackfield, współtwórca No-Man, Bass Communion i IEM, producent muzyczny, muzyk sesyjny oraz odpowiedzialny za mastering płyt tuzów progrocka: King Crimson, Jethro Tull czy Caravan, wydał 26 września swój drugi, po Insurgentes (2008), solowy album, Grace for Drowning (pol. Łaska dla tonącego).




O ile Insurgentes przesłuchałem po łebkach i po niezłym singlu go promującym, Harmony Korine, w zasadzie nie brnąłem dalej (wydał mi się za ponury), to po wysokich recenzjach w czasopismach Lizard (3/2011) i Teraz Rock (10 (104) 2011) skusiłem się na zapoznanie się z nim (utwory dostępne na wrzucie, czy youtube).

Powalające piękno (naprawdę dawno nie słuchałem tak pięknego utworu) Deform to Form a Star, Zawartość płyty, a w szczególności piękny (i skromny) Grace for Drowning i pogmatwany, acz o zwartej konstrukcji, Sectarian (czyli w sumie pierwsze trzy utwory), a także mnogość zaproszonych świetnych muzyków (o nich później), skłoniły mnie do decyzji o zakupie płyty (wersja Deluxe z dyskiem blu-ray - przystępna cena 60 zł z przesyłką w RockSerwisie). Czy za szybko się zdecydowałem? O tym przekonam się po otrzymaniu przesyłki, której recenzja na tym blogu w przyszłym tygodniu.


Muzyczna zawartość płyty to w zasadzie piękne "wilsonowskie" melodie i harmonie wokalne, znane z płyt Porcupine Tree, oraz rytmiczne założenia King Crimson (kłania się remiksowanie ich 5 płyt), a także pewna posępność struktur melodycznych, słyszana już na Insurgentes oraz choćby na The Incident Porcupine Tree. Wprowadzenie raczej atonalnych partii chóralnych prowadzi do skojarzeń z horrorami, niż np. z rozwiązaniami Pink Floyd z Dark Side of the Moon (czego trochę żałuję, choć chórki w Postcard nie są atonalne, ale są to chórki w stylu europejskim, niż gospelowym). Często pojawia się crimsonowskie instrumentarium ich wczesnych płyt: melotron, flet, saksofon, czy późniejszych (Chapman stick i Warr guitar). Poza tym dużą część stanowią tutaj utwory instrumentalne, oparte o rozbudowane instrumentarium, jednakże często dosyć ubogie melodycznie (kompozycje oparte o jedną nutę, z krótkimi atonalnymi wtrąceniami - vide choćby chórek w Sectarian, saksofonowe czy klarnetowe sola, np. w No Part of Me, czy Remainder of Black Dog), ale bogate rytmicznie i brzmieniowo. Jednak tam, gdzie jest melodia (tytułowy, Deform to Form a Star, Postcard, No Part of Me (trochę w stylu No-Man), Track One, środkowa część suity Raider II z pięknym solo fletu), jest pięknie. I na szczęście Wilson nie szczędzi swoich harmonii wokalnych, tak dobrze znanych z Porcupine Tree (Grace for Drowning, Deform to Form a Star, Track One, Like Dust I Have Cleared From My Eye).

Jeszcze kilka słów o gościach, co bardzo mnie też skłoniło do zakupu tej płyty. W zasadzie najczęściej pojawia się perkusista Nic France, który po prostu jest niemal w każdym utworze, gdzie jest perkusja. Jest to muzyk sesyjny, współpracujący choćby z Davidem Gilmourem (David Gilmour in Concert), czy Tanitą Tikaram (Eleven Kinds of Loneliness, Everybody's Angel). Kolejnym jest Theo Travis, który udziela się w w 5 utworach, grając na saksofonie, flecie i klarnecie. Theo to muzyk sesyjny i stały współpracownik Wilsona z No-Man i Bass Communion. Kolejnym gościem, którego bass i Chapman stick słychać w 4 kompozycjach jest lider Kajagoogoo, Nick Beggs (który zresztą udziela się na dwóch ostatnich płytach innego gościa tej płyty, Steve'a Hacketta). W 3 utworach na pianinie gra Jordan Rudess, jeden z muzyków Dream Theater - na szczęście nie szaleje z ozdobnikami, jak na płytach macierzystej formacji. W 2 utworach udzielają się współpracownicy King Crimson - na perkusjonaliach Pat Mastelotto, a na basie Tony Levin. Pozostali goście brali udział tylko w pojedynczych utworach. Pośród nich jest mój ulubieniec, Steve Hackett, który jest znany nie tylko z solowych dokonań, ale przede wszystkim jak gitarzysta progrockowego giganta Genesis. Choć jego wkład w Remainder the Black Dog jest wg mnie mało charakterystyczny - na odsłuch bardziej pasowałby mi w Belle de Jour, gdzie jednak Wilson radzi sobie sam. Z pozostałych gości jeszcze warto wspomnieć tylko o Treyu Gunnie, który udziela się na Warr guitar. Najbardziej jest znany jako sesyjny współpracownik King Crimson.

Całość można podsumować jako muzykę awangardową opartą o patenty jazzowe, free-jazzowe oraz fusion (najszybsze skojarzenia to King Crimson z płyt Lizard i Discipline oraz Soft Machine) oraz zapożyczenia z awangardowej muzyki poważnej (Penderecki), poprzeplataną balladami o pięknej melodyce i śpiewie (tutaj oczywiście kłaniają się dokonania Porcupine Tree i No-Man). Nie ma tu niemal elementów rockowych (ok, jest ładna gitarowa solówka w ostatnim utworze na płycie oraz ciężkie atonalne oraz improwizowane wtrącenia gitarowe, np. w Raider II ). Jeśli już jakieś nawiązania do rocka mają tu być, to jest to raczej jazz-rock fusion lub post-rock . Poza tym dominują nieparzyste podziały rytmiczne (oprócz ballad).

Nie jest to łatwa w odbiorze płyta. Jednakże odpowiednie rozłożenie akcentów bardziej przystępnych od tych trudniejszych oraz kunszt wykonawczy i zwartość kompozycji zachęca do głębszego poznania. Recenzja już wkrótce po otrzymaniu przesyłki.